The dairy of Maritza Cruz

Tytuł: Pamiętnik Maritzy Cruz
Autor: Cruz

Fabuła: Przemyślenia Maritzy Cruz zapisane w jej prywatnym pamiętniku.
Kategoria: Opowiadanie o Cruz, ale żeby nie było tak nudno dodam wiele wątków z Bosco i może coś z Santiago. Opowiadanie skierowane głównie do fanów Cruz oraz pary Cruz&Bosco. Fani Yokas mogą być wkurzeni.
Notka dodatkowa od autorki: Kiedyś pisałam opowiadania o „Roswell”, teraz zabieram się za „Brygadę ratunkową”. Nie wiem co z tego wyjdzie, bo nie wiem czy mam w ogóle jako taki talent, żeby brać się za pisanie… Tymczasem rzucam się na głęboką wodę, bo choć nie znam wszystkich wątków w serialu dotyczących Cruz postanowiłam napisać o niej opowiadanie. Nie zdziwcie się więc, jeśli nie wszystko będzie absolutnie poprawne, mogę niektóre wątki pominąć, inne przekręcić, ale postaram się opisać myśli Cruz… Czekam na Wasze szczere (to podstawa!!!) komentarze.

THE DIARY OF MARITZA CRUZ
by
Cruz

Część pierwsza
Przebudzenie

Leżę na szpitalnym łóżku. Przed chwilą się obudziłam. W mojej głowie kłębią się różne myśli… Mój stan nie jest ciężki, nie odczuwam fizycznego bólu, raczej czuję się załamana pod względem psychicznym… Czemu? Ponieważ jestem tu całkiem sama. Nikt mnie nie odwiedza. No może poza moim szefem, ale on nie zagląda tu dla przyjemności, czy po to, żeby spytać jak się czuję, ale po to, żeby wyjaśnić parę zawodowych spraw, o których najchętniej bym zapomniała… Tak… Może powinnam zacząć od tego kim jestem? Nazywam się Maritza Cruz i jestem sierżantem w wydziale do zwalczania przestępczości w 55. posterunku policji w Nowym Jorku. To tyle o mnie. Pewnie zastanawiacie się czemu tu leżę? Cóż…
To bardzo długa i pokręcona historia. Może zacznę od początku… Jak już pisałam jestem sierżantem i pracuje w wydziale do zwalczania przestępczości. Nie wiem w jaki sposób, ale zaczął ze mną współpracować oficer Boscorelli, lub jak kto woli Bosco…
Nie mówcie nikomu, ale kiedy tylko go zobaczyłam to nogi się pode mną ugięły. Zadurzyłam się w nim kompletnie, chociaż nie chciałam. Chciałam od siebie odrzucić tę miłość, ale nie potrafiłam. Zaczął ze mną współpracować. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Wiedziałam, że nie odpowiadają mu moje metody pracy, bo były brutalne, często niezgodne z prawem, ale mało mnie to obchodziło. W końcu nikt go do niczego nie zmuszał, nie musiał ze mną pracować, popierać tego co robię. Tak czy owak, współpracowaliśmy ze sobą. Któregoś dnia do szpitala przy 55. posterunku przywieziono moją młodszą siostrę – Leti. Była na kompletnym haju. To właśnie przez nią zdecydowałam, że zostanę policjantką. Chciałam ratować dzieciaki takie jak Leti przed przestępcami, przed narkotykami i wydałam prywatną wojnę dilerom. Bosco tego nie rozumiał, ale mi pomagał. Za wszelką cenę chciałam znaleźć Richarda Beforda – szefa gangu Terminatorów, który handlował narkotykami na ogromną skalę i przez którego zginęła moja siostra. Jak? Leti zaprowadziła mnie i Bosco do jego bazy, gdzie produkował narkotyki. Niestety, Leti była na kompletnym głodzie i nie wahała się uciec z radiowozu i pobiec ostrzec Beforda przed nami dla kolejnej działki. Kiedy weszliśmy do bazy Beford uciekł, ale spowodował wybuch. Zostaliśmy uwięzieni w płonącym budynku. Sanitariusze i strażacy starali się nam pomóc, ale dla mojej siostry było już za późno… Zmarła na moich rękach… Moja mała siostrzyczka… Nie dopuszczałam do siebie myśli, że Leti nie żyje. Byłam kompletnie przybita. Wieczorem do mojego mieszkania przyszedł Bosco i spytał jak się czuję. Spytał jak się czuję, czy wszystko w porządku. Nie mogłam w to uwierzyć. Nigdy przedtem nikt nie interesował się moim samopoczuciem. Spojrzałam w jego oczy i już wiedziałam, że to właśnie on. Wyczuwałam między nami ogromną chemię. Oboje nie mogliśmy się sobie oprzeć… no i stało się. Kochaliśmy się tak zawzięcie i tak drapieżnie, że nawet zbiliśmy w moim mieszkaniu lustro no i w ogóle moje mieszkanie wyglądało tak, jakby przeszedł przez nie huragan. Tak wspaniale mi z nim było, jak jeszcze z nikim. Ale, mimo tego, postanowiłam się do niego nie przywiązywać. Już parę razy przejechałam się na facetach i zdecydowałam, że mimo iż bardzo tego chciałam, to nic więcej poza seksem nie będzie łączyć mnie i Bosco. Jak bardzo się myliłam…
Następnego dnia byłam dla Bosco bardzo surowa i oschła. Powiedziałam mu nawet, że nie ma co liczyć nawet na mały romansik, bo nie mam teraz do tego głowy. Czułam na sobie jego rozbierający wzrok, ale starałam się o tym nie myśleć. Szybko jednak przekonałam się, że to nie możliwe. Znowu zaczęliśmy czuć do siebie miętę, ale pojawiła się ona. Ta trzecia. Faith Yokas. Była partnerką Bosco zanim zaczął ze mną współpracować. Nigdy jej nie lubiłam. Wtrącała się w nasze sprawy, mówiła Bosco o mnie straszne rzeczy i w ogóle. Ona po prostu była zazdrosna. Nie chciała, żeby Bosco był ze mną, bo wiedziała, że gdyby wówczas stanął przed wyborem: ja albo ona, wybrałby mnie. No, ale niestety chyba powinnam jej podziękować, bo kiedyś uratowała mi życie. Napadł na mnie pewien świr i ona go zastrzeliła. Gdyby nie to pewnie ten facet by mnie zabił, ale to nie zmienia faktu, że Yokas to okropna suka. Na szczęście Bosco chyba też to zauważył, bo strasznie się z nią pożarł i zdecydował, że powinni przestać ze sobą pracować. Bosco wstąpił do wydziału na stałe. Pracował ze mną, a nasz związek trwał sobie w najlepsze. I pewnie trwałby do teraz, gdyby nie ta cała głupia sprawa z Aaronem Noblem. Aaron to bardzo popularny pisarz, ale ćpun. Mógł nas z łatwością doprowadzić do Beforda. Nie chciałam stracić tej okazji i pozwoliłam mu uciec z miejsca przestępstwa, kiedy zabił jednego z Terminatorów. Nawet mu pomagałam. Czemu? To proste. Po to, aby takie dzieciaki jak Leti nie ćpały przez takiego drania jak Beford. Bosco tego nie rozumiał. Uważał, że Aaron powinien wylądować w pierdlu. Zaczęliśmy się kłócić. Bosco mi nie ufał. Przeszukał moje mieszkanie i znalazł dowód mojej nielegalnej działalności. Postanowił to wykorzystać i razem z tą suką Yokas doprowadzić do aresztowania Nobla. Nie chciał mnie pogrążać, powiedział, że to nie ma ze mną nic wspólnego. Jak to nie? Przecież Beford zabił moją siostrę, a ta cała afera z Noblem mogła doprowadzić nas do niego! Przez aresztowanie Beforda mogliśmy ocalić tyle dzieciaków! Ale Bosco tego nie rozumiał. Odwrócił się ode mnie. Zdradził mnie. Wybrał tę sukę Yokas zamiast mnie. Jego sprawa. Wolna wola. Ale niech sobie nie myśli, że ujdzie mu to na sucho! Jaki on był głupi myśląc, że pozwolę mu schrzanić moją robotę! Po moim trupie! No i tak pewnej nocy w hotelowym pokoju Nobla zaczęła się między nami ostra kłótnia. Bosco i Yokas chcieli aresztować Nobla, ale ja nim nie pozwoliłam. Wtedy ta suka Yokas mnie postrzeliła. POSTRZELIŁA! Szmata! Skoro ona mnie postrzeliła to jej oddałam! Ja też ją postrzeliłam! Niestety tak niefortunnie, że „biedactwo” wylądowało na wózku. I tak ma szmata szczęście! Gdybym chciała już by nie żyła! No i właśnie…
Doszłam do sedna. Leżę w tym szpitalu, bo Yokas mnie postrzeliła. Niedługo stąd wyjdę… Ale to boli. Boli ten fakt, że po tym wszystkim co między nami zaszło Bosco nawet mnie nie odwiedził, nawet nie spytał co ze mną. Wybrał Yokas… Wybrał Yokas. To boli. Miałam się nie rozklejać, ale nie potrafię. Dlaczego? Dlaczego wybrał ją? Co ona takiego ma czego ja nie mam? Lepsze cycki? Lepszą dupę? Jest lepsza w łóżku ? Wątpię. Cholera, to tak boli…
Okay, dość tego! Nie zamierzam płakać przez jakiegoś faceta, a już na pewno nie przez Bosco! Ale mimo to płaczę…

Część druga
Samotność

Niedawno wróciłam ze szpitala. Od razu pojechałam do domu. Weszłam do mojego mieszkania, które jeszcze tak niedawno dzieliłam z Bosco. Nie wiedziałam co tam zastanę, czy Bosco tam będzie, czy nie, bo przecież od czasu strzelaniny w ogóle go nie widziałam, nie rozmawialiśmy ze sobą. Z bijącym sercem weszłam do mieszkania z numerem „1F”. Stojąc na progu zaczęłam się gorączkowo rozglądać w poszukiwaniu Bosco. Nigdzie go nie widziałam. Cóż… Chyba musiałam się pogodzić z faktem, że to już naprawdę koniec naszego związku. A może poszedł się przejść i zaraz wróci?
– O Boże, Cruz! Przestań! Nie możesz się zadręczać. Bosco dokonał wyboru, ty też masz do tego prawo – zadźwięczały mi w uszach słowa mojej koleżanki z liceum, Rity, z którą rozmawiałam w szpitalu na temat mojego związku z Bosco, a raczej na temat braku tego związku. Rita była jedyną osobą, która mnie odwiedziła. Przyniosła nawet trochę owoców i oczywiście słodyczy, bo według niej nic tak nie poprawia humoru jak duża dawka czekolady. Cóż… Rita chyba ma rację. Nie powinnam się zadręczać. Bosco zerwał (chociaż tak naprawdę nie usłyszałam od niego jasnego: „To koniec”). Trudno. „Nie wie co traci” – przypomniały mi się słowa Rity. Zdjęłam kurtkę i w butach weszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam małą puszkę Coli Light. Tylko 0,5 kalorii. Tak… Ciekawe dla kogo chcę utrzymać dobrą sylwetkę i formę? Przecież chłopaka już nie mam… Ale przecież nie robię tego dla faceta tylko dla siebie, no nie? Otworzyłam puszkę i wzięłam duży łyk ciemnego napoju. Rzuciłam okiem na kuchnię. Mój wzrok zatrzymał się na kuchennym blacie, na którym leżała mała kartka. Podeszłam do blatu i wzięłam kartkę do ręki. Przeczytałam krótką wiadomość zapisaną na białym papierze pismem Bosco: „Klucze oddałem dozorcy”. I tylko tyle. Nic więcej. Po tych kilku wspaniałych tygodniach, które razem spędziliśmy Bosco zdobył się na napisanie tylko jednego zdania. Cham. Drań. Potwór. Jak on mógł? Gwałtownie podarłam kartkę i wrzuciłam ją do kosza na śmieci mimowolnie zalewając się łzami. Kurde! Cruz! Weź się w garść! Otarłam oczy rękawem bluzki. Zeszłam na dół do dozorcy i poprosiłam o klucze. Oddał je nic nie mówiąc, jak gdyby nigdy nic się nie stało, jak gdyby nigdy nie było żadnego Bosco. Wróciłam do mieszkania, zamknęłam szczelnie drzwi i drżącymi rękami zapaliłam zapałkę, włączyłam gaz i wstawiłam wodę na kawę. Wyjęłam czerwony kubek Nescafe i nasypałam do niego rozpuszczalną kawę. Włączyłam ogrzewanie, bo nagle ogarnął mnie potworny chłód. Chłód samotności… Wyrzuciłam, jeszcze pełną, puszkę coli przez okno. Złapałam się za głowę i zaczęłam gorączkowo myśleć starając się odrzucić myśli o Bosco, które jednak uparcie wracały. Włączyłam radio, by je zagłuszyć. Akurat grali stary wyciskasz łez The Beatles „Yesterday”. „Yesterday love was such an easy game to play, now I need a place to hide away, oh, I believe in yesterday” – dźwięczały mi w uszach słowa piosenki śpiewanej przez Lennona. Gwałtownie wyłączyłam muzykę, która wpędzała mnie w jeszcze głębszy dół. Włączyłam telewizor, ale jak na złość zobaczyłam drętwą Jennifer Lopez grającą w kolejnej beznadziejnej komedii romantycznej. Wściekła sięgnęłam do kontaktu i wyjęłam kabel od telewizora, który momentalnie wyłączył się z wielkim hukiem. Wróciłam do kuchni, wyłączyłam wodę i wyjęłam z lodówki puszkę piwa. Wzięłam kilka dużych łyków złocistego napoju. Otworzyłam szafkę i wyjęłam moje zapasy na czarną godzinę, czyli mleczną czekoladę, orzeszki w czekoladzie oraz kilka czekoladowych batoników z nadzieniem. Usiadłam na kanapie i w tej dobijającej ciszy zaczęłam jeść. Rita miała rację – słodycze naprawdę poprawiały nastrój. Nim się obejrzałam pochłonęłam wszystko i otwierałam już trzecią puszkę piwa. Po czwartej byłam już kompletnie pijana. Tak to jest, kiedy za często się nie pije. Zataczając się poszłam do sypialni i walnęłam się na łóżko. Obudziłam się w południe z potwornym bólem głowy. Ledwo wyczołgałam się z łóżka sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do porucznika prosząc go o jeden dzień wolnego. Nawet się specjalnie nie zdziwił. Ociągając się poszłam do łazienki i wzięłam orzeźwiający prysznic. Właśnie spłukiwałam owocowy szampon z moich ciemnych włosów, kiedy usłyszałam głośne, niemal wściekłe pukanie (a raczej walenie) do drzwi. Pospiesznie osuszyłam włosy i zakrywając się białym ręcznikiem poszłam zobaczyć co to za idiota zakłóca mój spokój. Szybkim i gwałtownym ruchem otworzyłam drzwi i już miałam nawtykać temu debilowi za to, że mnie nachodzi, kiedy zdałam sobie sprawę, że na progu stoi… BOSCO. Mój Boże! Miałam ochotę rzucić mu się na szyję, wycałować go i błagać, żeby wrócił, ale oczywiście tego nie zrobiłam. Chciałam trzasnąć mu drzwiami przed nosem. Chciałam, ale on był szybszy i nim zdążyłam zamknąć drzwi on mocno je pchnął tym samym ponownie je otwierając. Stał i patrzył się na mnie nic nie mówiąc. Najwyraźniej czekał na mój ruch. Proszę bardzo:
– Czego chcesz? – rzuciłam twardo z udawaną obojętnością.
– Musimy pogadać – powiedział patrząc mi prosto w oczy. Przez chwilę toczyłam z nim walkę, kto pierwszy spuści wzrok, ale szybko okazało się, że nie potrafię wytrzymać jego spojrzenia.
– Nie mamy o czym – odpowiedziałam, jak gdyby nigdy nic.
– Wycofuję się – powiedział nagle. Nie zaskoczył mnie. Wcale. No może troszeczkę. Byłam wściekła. Miałam ochotę wygarnąć mu co o nim myślę, ale powiedziałam tylko: „Jak chcesz” i nim Bosco zdążył zareagować zamknęłam mu drzwi przed nosem. Jeszcze chwilę stał przy drzwiach, ale potem usłyszałam jego kroki na schodach. Odetchnęłam ciężko opierając się o drzwi. Najtrudniejsze mam już za sobą. Tylko czemu rozegrałam to w taki sposób? Byłam na siebie wściekła. Ale co miałam zrobić? Bosco już wyszedł i pewnie nigdy nie wróci…
Czas się z tym pogodzić. Czas pogodzić się z samotnością.
Już następnego dnia poszłam do pracy. Teraz staram się być dobrą policjantką i działać legalnie. Na razie mi się to udaje. Roboty nie brakuje, mam co robić, a to pomaga, bo przynajmniej nie myślę o Bosco. No może i myślę, ale trudno o nim tak po prostu zapomnieć, kiedy widzę go przez cały dzień w pracy. Co prawda staram się go unikać, bo jego widok sprawia mi cholerny ból, ale to nie jest łatwe. Póki co staram się skupiać na robocie, a na płacz, smutek i wściekłość mam czas wieczorem w swoim mieszkaniu. Cóż…
Chyba nie ma sensu udawać, że nie przejmuję się tym co zaszło między mną i Bosco. Płacze. Po raz pierwszy płaczę przez faceta. No i chyba muszę się przyzwyczaić, bo ból nie mija, choć bardzo bym chciała. Jakbym mało cierpiała wczoraj wieczorem znalazłam pod łóżkiem bluzę Bosco. W pierwszej chwili chciałam ją wyrzucić, podrzeć, zniszczyć, ale nie potrafiłam. Usiadłam na łóżku trzymając ją w rękach. Czułam jego zapach. Wtuliłam się w bluzę i nim się zorientowałam zasnęłam w bolesnej samotności…

Słowo wstępne: Ciężko mi było napisać tę część tego opowiadania, dlatego też część ta jest krótka i chyba niezbyt udana, ale zrozumcie… Emocje, które towarzyszą takiemu zdarzeniu jakie spotkało Cruz są za wielkie i bardzo trudno je opisać. Starałam się to zrobić jak najlepiej… Cóż… Starałam się, ale chyba nie wyszło. Zresztą oceńcie sami. Czekam na komentarze.

Część trzecia
Ból

– Zawieź mnie do domu – rzuciłam obojętnie nawet nie patrząc na siedzącą obok mnie Monroe. Zapięłam pas i czekałam aż ruszy. Spojrzała na mnie i spytała cicho takim łagodnym i spokojnym tonem, jakby się czegoś domyślała:
– Dobrze się czujesz?
– Jasne. Jedź – odpowiedziałam i odwróciłam wzrok w stronę szyby. Różne obrazy przelatywały mi przed oczami. Widziałam jakby trochę opustoszałe ulice Nowego Jorku, które jednak wciąż tętniły życiem. Mijałyśmy akurat jakiś klub. Do moich uszu dobiegł przytłumiony dźwięk muzyki techno. Stanęłyśmy na światłach. Zobaczyłam kłócącą się zaciekle parę. Od razu przypomniałam sobie o mnie i o Bosco. Tak starałam się wymazać go sobie z pamięci, wydawało mi się, że nawet mi się to udało, a tu nagle… bach. Wszystko wróciło. Zamknęłam oczy starając się odrzucić od siebie te obrazy. Poczułam jak samochód rusza. Po chwili zatrzymał się. Otworzyłam oczy. Przed sobą ujrzałam tak dobrze mi znany budynek, w którym znajdowało się moje bezpieczne mieszkanie. „Tutaj nikt mnie nie skrzywdzi” – pomyślałam wysiadając z auta. Wyszeptałam zdławionym głosem w stronę Monroe nie patrząc jednak na nią: „Dziękuję” i poszłam w stronę domu. Kiedy tylko znalazłam się w mieszkaniu zdjęłam (niemal zdarłam) z siebie tą okropną różową sukienkę i wyrzuciłam ją do kosza. Stanęłam przed lustrem w łazience. Na swoim ciele zobaczyłam ogromne świeże siniaki i blizny, które boleśnie przypominały mi o tym co niedawno mnie spotkało. Przypominały mi o tym mężczyźnie, który mi to zrobił, który tak brutalnie mnie pobił, a potem… A potem… zgwałcił. Chciałam jak najszybciej wskoczyć pod prysznic i zmyć z siebie jego zapach, jego dotyk, jego usta na mnie, jego ciało na moim ciele… Zupełnie jak jedna z tych idiotycznych dziewczyn z filmów o gwałtach. Już miałam wejść pod prysznic i zmyć z siebie ten cały wstyd i upokorzenie, kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi. Narzuciłam na siebie szlafrok i otworzyłam drzwi. Na progu stał nie kto inny, jak Sasha Monroe. Od razu domyśliła się co mi jest. Powiedziała, że muszę iść do lekarza na badania i obdukcję. Nie chciałam. Nie chciałam! Po co? Po to, żeby ktoś mi współczuł i się nade mną litował? Po to, żeby ktoś dowiedział się o tym co mnie spotkało? Nie! Nie chciałam tego! Nie potrzebowałam współczucia ani litości! I nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział! A jednak pojechałam… Podczas tego okropnego badania robiono masę zdjęć moich siniaków, dano mi też jakąś tabletkę na wypadek gdybym była w ciąży, no i oczywiście podali mi jakiś zastrzyk i lekarstwa bym nie zaraziła się HIV. „Tak na wszelki wypadek… Byś była bezpieczna” – powiedziała do mnie lekarka. Sasha chciała mnie zaciągnąć do psychologa, ale ja marzyłam tylko o prysznicu. Kiedy tylko wróciłam do mieszkania weszłam pod prysznic. Zaczęłam mocno szorować całe ciało starając się zmyć z siebie ten wstyd i upokorzenie, zmyć z siebie tego mężczyznę… Tego POTWORA. Jednak nie potrafiłam. On nadal był we mnie. Czułam się strasznie. Czułam się jak szmata, jak dziwka. W końcu zasłużyłam na to co mnie spotkało. Prowokowałam. Dawałam mu sygnały, które go zachęciły, więc to zrobił. Nie mogę mieć do niego pretensji. TO MOJA WINA! Tylko moja! „Sama tego chciałaś” – dźwięczały mi w uszach jego słowa. Nie! Nie! Nie chciałam tego! Mówiłam nie! Mówiłam nie! A on nie słuchał! Zrobił to! A gdzie była wtedy Sasha? Przecież krzyczałam, prosiłam o pomoc! Gdzie ona była? Mój Boże! Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? Po moich policzkach popłynęły gorzkie łzy bólu i cierpienia. Płakałam cicho ukrywając przed wszystkimi swój ból. Nikt nie mógł wiedzieć… A jednak się dowiedzieli. Dowiedzieli się wszyscy. Kiedy kobiety, które spotkało to samo co mnie nie chciały zeznawać w sądzie i oskarżyć tego drania ja sama musiałam zeznawać. To było straszne i takie upokarzające! Ale musiałam coś zrobić! Musiałam coś zrobić, aby ten potwór nie chodził wolny po ulicach i nie robił tego innym kobietom. Więc opowiedziałam wszystkim o tym co mnie spotkało, opowiedziałam im o moim koszmarze. Widziałam w ich oczach współczucie i litość. A ja udawałam twardą. Tego gnoja zamknęli, ale nim to zrobili Bosco po mnie zadzwonił i powiedział, że mogę mu wymierzyć sprawiedliwość… Tak więc przyjechałam, a kiedy tylko zobaczyłam tego potwora miałam ochotę go zabić! Ale nie zrobiłam tego. Emocje wzięły górę, chociaż tak bardzo starałam się opanować. Wygarnęłam mu wszystko, wykrzyczałam mu prosto w twarz wszystko co o nim myślałam. Nawet nie wiedziałam, kiedy się popłakałam. Ale nie dbałam o to, nic mnie to nie obchodziło. Czułam, że uwalniając swoje emocje zamykam ten rozdział mojego życia. I tak było. Do tej pory nie wiem jak Bosco się o tym dowiedział. Tak bardzo nie chciałam by wiedział… Tak bardzo nie chciałam… Ale wiedział. Nie mogłam temu zapobiec ani zaprzeczyć temu co mnie spotkało. Nie chciałam jego współczucia, litości i łaski, a właśnie tymi uczuciami mnie obdarzał, kiedy się dowiedział i kiedy zaproponował mi kolację. Odmówiłam. Stwierdziłam, że nie mogę że nie jestem gotowa i że nie powinniśmy udawać że nic się nie stało. Zrozumiał. Tak myślę. Powiedział, że mogę na niego liczyć, a to już coś. Chociaż jest mi cholernie ciężko pokonać ten ból to bardzo się staram i jestem chyba na dobrej drodze. Jak na razie trzymam się. I mam nadzieję, że wytrwam i się nie załamię… Nie. Na pewno się nie załamię. Poradzę sobie. Jestem twarda. Ale to jednak boli i chyba nigdy nie przestanie…

Słowo wstępne: Przede wszystkim czekam na komentarze, bo to one mnie mobilizują do pisania, bo w końcu nie chcę pisać sama dla siebie… No i to chyba na tyle jeśli chodzi o wstęp. Przed Wami (mam nadzieję, że ktoś to czyta) część czwarta…

Część czwarta
Stracona szansa

Czuję się okropnie. Jakbym coś straciła. Jakbym kogoś straciła. I to prawda. Straciłam szansę. Straciłam szansę na odzyskanie Bosco. A miałam taką okazję… Taką okazję…
Kiedy to wszystko się stało, kiedy ten drań mnie zgwałcił, Bosco naprawdę mi współczuł i choć nie chciałam tego współczucia to musiałam przyznać, że dobrze mi było z faktem, że mogę na niego liczyć no i że jest dla mnie miły, przynajmniej stara się być. Stwierdził, że od czasu do czasu może mi pomóc w wydziale, więc znów razem pracowaliśmy. Nawet dobrze się dogadywaliśmy. Naprawdę. Myślałam, że wszystko wróci do normy i że może coś z tego wyjdzie. No, ale nie wyszło. Znowu zaczęło się coś psuć. Czemu? To proste. Nie no może nie jest proste, ale powinnam się tego w zasadzie spodziewać… Nie wiem czy już o tym wspominałam, ale rodzinka Bosco jest totalnie pokręcona – jego brat był narkomanem, ojciec sadystą i w ogóle takie tam. No i właśnie poszło o brata Bosco, czyli o Mikey`a. Znowu w coś się wpakował. I to w nie byle co, ale w poważne gówno. Miałam wobec niego pewne podejrzenia, których Bosco absolutnie nie popierał. Uważał, że szukam dziury w całym że się czepiam i że za wszelką cenę chcę zamknąć Mikey`a. Ale to nie była prawda. Ja po prostu wykonywałam swoją robotę. To nie moja wina, że Mikey stał mi na drodze i był w to wszystko wplątany. Ja i Bosco zaczęliśmy się kłócić. Znowu. To znaczy, to Bosco zaczął na mnie najeżdżać. I to ostro. Chyba nie było dnia, w którym by się do mnie nie doczepił. Miałam tego powoli dość, ale jakoś to znosiłam. Nie chciałam się kłócić. A już na pewno nie z nim. Starałam się wszystko naprawić. Naprawdę. Chciałam pogadać z Bosco. Nawet go odwiedziłam. Ale było już za późno… Okazało się, że Mikey wpakował się w naprawdę niezłą kabałę. Został zamordowany. Brutalnie. Przez gang. Nic nie mogłam na to poradzić. Bosco był wściekły. Okropnie wściekły. No i przybity. Nie dziwię się. W końcu stracił brata. Wiem co czuje, bo ja straciłam siostrę. Właśnie… Leti. Nie dawno ją odwiedziłam. Byłam na cmentarzu. Trochę pogadałyśmy (jeśli można to tak nazwać)… I chyba wtedy, po raz pierwszy, zdałam sobie tak naprawdę sprawę z tego, że ona nie żyje że jej już nie ma i że ona nie wróci… No, ale nie w tym rzecz. Bosco stracił brata. I kogo obwiniał? Oczywiście mnie. MNIE. Przecież to nie była moja wina! Ale do niego to nie docierało. Uparł się, że to moja wina i koniec. Nie obchodziły go moje tłumaczenia. W końcu odpuściłam. Przecież nie będę się wiecznie płaszczyć przed facetem. Nawet przed Bosco. Niech myśli co chce. Ja wiem swoje. Wiem, że mam czyste sumienie i że nie miałam nic wspólnego ze śmiercią Mikey`a. Faktem jest, że strasznie współczuję Bosco i naprawdę jest mi go żal, ale na własnym przykładzie wiem, że te uczucia nie są najlepsze, więc staram się tego nie okazywać. Oczywiście w przeciwieństwie do Faith, która jako wzorowa przyjaciółka zawsze jest przy Bosco… A właśnie… Yokas wraca. Wyzdrowiała. Widocznie nie postrzeliłam jej aż tak poważnie. To dobrze. Chociaż jak na moje mogła poleżeć w szpitalu co najmniej parę miesięcy dłużej, bo jak tylko wróciła musiała się wtrącać. Jak zwykle. Cała Yokas. Szmata. No, ale koniec. Odbiegam od tematu. Jak już pisałam Mikey nie żyje. Bosco jest przybity. Obwinia mnie. Starałam się mu tłumaczyć, że nie miałam z tym nic wspólnego, ale nie chciał mnie słuchać, więc odpuściłam. Dziś jest pogrzeb Mikey`a. Oczywiście mnie nie zaproszono. Trudno. Jakoś to przeżyję. Poza tym pewnie i tak bym nie poszła. Mam robotę. W przeciwieństwie do innych, których zaproszono i którzy poszli zostawiając niemal cały komisariat na mojej głowie. No, ale cóż… Muszę spadać, bo za chwilę mam akcję.
Cóż… Jestem trochę roztargniona, bo jak zwykle nic mi się nie udaje. Mam na myśli tą całą sprawę z Bosco. Już myślałam, że będzie dobrze że może nawet coś z tego wyjdzie, aż tu nagle kubeł zimnej wody na łeb… Straciłam szansę. Muszę się z tym pogodzić raz na zawsze.
Obiecuję, że już nigdy nie wspomnę o Bosco. Nie warto. Straciłam go na zawsze. Trudno. Teraz muszę się skupić na robocie. Cholera, a miałam taką szansę!

Słowo wstępne: Na początku dzięki za komentarze. Od razu mam więcej chęci na pisanie i parę nowych pomysłów na opowiadania…

Część piąta
Strach

Leżę na wygodnej kanapie w moim bezpiecznym mieszkanku, które nawet ostatnio trochę przemeblowałam, by ostatecznie skończyć z tym co było i rozpocząć nowy rozdział mojego życia. Tak. Tamto życie już się skończyło. Wraz ze straconą szansą, o której pisałam poprzednio i ostatnimi wydarzeniami. To takie dziwne… Jestem teraz taka spokojna, powiedziałabym, że wręcz napełniona optymizmem chyba po raz pierwszy w życiu, że aż nie chcę mi się wierzyć że jeszcze tydzień temu bałam się. Naprawdę się bałam. Odczuwałam autentyczny i chyba najbardziej przerażający strach w moim życiu. Strach najpierw o Bosco, a potem o… siebie.
Dzielna i twarda Sierżant Maritza Cruz się czegoś boi. Niewiarygodne? Nie tym razem. Wszystko zaczęło się w dniu pogrzebu brata Bosco – Mikey`a. Tego feralnego dnia prowadziłam akurat akcję i w budynku, do którego wtargnęłam razem z całym moim zespołem, podłożono bombę. Na szczęście w porę zdążyłam uciec przed wybuchem. Niestety moi koledzy nie mieli tyle szczęścia… Wielu zostało rannych, paru zginęło… To było straszne. A najgorsza w tym wszystkim była świadomość, że to ja powinnam była być na ich miejscu, bo ja byłam szefem, ja dowodziłam i to na mnie spoczywała odpowiedzialność za grupę. Zawaliłam. Ale skąd mogłam wiedzieć? To przecież było ukartowane. To był zamach! Tak zamach, bo w tym samym czasie w dom pogrzebowy, w którym przebywał Bosco, Yokas i inni wjechał jakiś samochód. Na szczęście nikt nie odniósł poważnych obrażeń. No może poza Rose – matką Bosco, którą przewieziono do szpitala. I tu zaczynają się schody… Wszyscy wiedzieliśmy, że przeprowadzono zamach na nasze życie. Nie wiedzieliśmy jednak, kto za tym stoi. Byliśmy w szpitalu Miłosierdzia, gdzie przewieziono Rose. Siedzieliśmy i gadaliśmy, aż nagle usłyszeliśmy serię strzałów z broni maszynowej i to skierowaną prosto na nas! Szybko padłam na podłogę. Davis schował się za jakąś szafką. Tyle widziałam, bo potem ze strachu zamknęłam oczy, a kiedy strzały się skończyły razem z Davisem wkroczyliśmy do akcji. Zanim jednak się pozbierałam zobaczyłam coś strasznego… Bosco! Bosco! Mój Boże! Bosco był ranny! I to poważnie! Bardzo poważnie! Jak się potem okazało osłonił Yokas własnym ciałem i ocalił jej życie narażając własne. Dostał cztery kulki. Jego stan był krytyczny. Zapadł w śpiączkę. Starałam się tego nie okazywać, ale byłam wstrząśnięta i okropnie przybita. Bałam się. Bałam się o Bosco. Nie chciałam, by coś mu się stało. Ale to nie koniec… Najgorsza była w tym wszystkim świadomość, że gdyby nie ta głupia suka Yokas Bosco by nie oberwał. Zadawałam też sobie dobijające pytanie, czy gdybym to ja była na jej miejscu, Bosco by mnie uratował? Wiem – zachowywałam się jak cholerna egoistka. Ale nie potrafiłam inaczej. Byłam zazdrosna. Zazdrosna o tę sukę. O to, że ona tyle dla niego znaczy… No, ale nie ważne. Bosco był w śpiączce. Bałam się, martwiłam, płakałam, panikowałam, myślałam, że to tylko zły sen i zaraz się obudzę. Ale to była prawda. To była prawda! Kiedy to do mnie dotarło postanowiłam, że za wszelką cenę znajdę gnoja odpowiedzialnego za ten zamach i co za tym idzie odpowiedzialnego za postrzelenie Bosco. Długo go nie szukałam. Okazało się, że to był Donald Mann – ojciec chłopaka, który zginął w trakcie pościgu, bo uciekał przed policją i wpadł pod ciężarówkę. Jego tatulek obwiniał za jego śmierć nas – policjantów – więc postanowił wykonać wyrok… Na szczęście mu się nie udało. Dorwałam go i już miałam zastrzelić, kiedy pojawiła się Yokas i to ona do niego strzeliła! Prawdę mówiąc uratowała mi wtedy życie, bo pewnie sama nie dałabym sobie z nim rady, ale to szczegół… Dziękować jej nie będę. Bez przesady… No, ale dobra. Najważniejsze jest to, że Bosco był ranny… Nie mówiłam o tym nikomu, ale strasznie się o niego bałam. W szpitalu odwiedzałam go codziennie po pracy, oczywiście w wielkiej tajemnicy. Nie chciałam, by ktoś wiedział, że go odwiedzam. Nie odwiedzałam go przed pracą, bo wtedy zwykle siedziała u niego Yokas i inni. Nie chciałam, by wiedzieli, że do niego zaglądam, więc wpadałam wieczorem. Wypytywałam też lekarzy o jego stan, o to czy mu się polepsza oraz podsłuchiwałam chodzące po posterunku plotki na temat jego zdrowia. Kiedy go odwiedzałam, siadałam na jego łóżku, chwytałam go za rękę i opowiadałam mu co u mnie słychać. Poważnie. Takie „rozmowy” z Bosco bardzo mi pomagały. Zwłaszcza wtedy, kiedy okazało się, że w 55. posterunku była wtyka. Szczur. A tym szczurem była, to znaczy nadal jest, Sasha Monroe, czyli kobieta, którą naprawdę bardzo polubiłam i której zaufałam. Ale całe moje zaufanie diabli wzięli, kiedy okazało się, że zależało jej tylko na jedynym – na mnie. Chciała mnie pogrążyć. I udało jej się to. Oberwało mi się za tą całą akcję z Donald`em Mann`em. Monroe szybko zareagowała i sprawiła, że zostałam aresztowana i zamknięta w pierdlu. I to w nie byle jakim, ale w więzieniu w Rikers. Znienawidziłam wtedy Monroe i nadal jej nienawidzę. Wątpię czy kiedykolwiek zmienię o niej zdanie… Tak czy siak, wylądowałam w Rikers, gdzie było naprawdę strasznie. Każdy się mnie czepiał, więźniarki prześladowały mnie, a ja nie mogłam tego znieść, więc się z nimi kłóciłam i biłam, choć z góry byłam skazana na porażkę i jeszcze bardziej mi się za to obrywało. Ale miałam to gdzieś. W końcu mam swoją godność i nie pozwolę, by jakieś kryminalistki, których są tysiące i które codziennie zgarniam z ulicy, mi ubliżały i mnie biły. Niestety to nie był koniec tego koszmaru… Musiałam znosić masę upokorzeń… Nikogo nie obchodziło to, że jestem policjantką, dla wszystkich byłam po prostu kolejną więźniarką taką jak tysiące innych, pasożytem, robakiem, którego trzeba zgnieść… Bałam się, że nie przeżyję że nie przetrwam w tym piekle ani dnia dłużej… Ale na szczęście teraz mam już to za sobą. Nie do wiary, ale tylko dzięki Faith Yokas mogę cieszyć się wolnością. Nie będę zbyt się nad tym rozwodzić, ale to Yokas wyciągnęła mnie z tego bagna. Cóż… Chyba powinnam jej podziękować. I zrobiłam to. Uwierzylibyście? Podziękowałam Yokas. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jest okropną suką i szmatą…
Tak czy siak, jestem wolna! I już niczego się nie boję, bo wróciłam do tego co kocham, czyli do pracy w wydziale. Mam nowego partnera – Santiago. Swoją drogą… niezłe z niego ciacho… Nie no, nie mówię poważnie! On jest naprawdę okay, ale ma dziecko i w ogóle, jest moim podwładnym, a z doświadczenia wiem, że związki między pracownikami się nie sprawdzają (patrz: ja i Bosco), więc z góry go sobie odpuściłam. Trochę żal, ale tak naprawdę to nie mam teraz głowy do facetów, bo mam masę roboty. Cóż, pod moją nieobecność przestępcy nie próżnowali… A no i najważniejsze! Bosco wyzdrowiał! Wyszedł ze śpiączki. Lekarz powiedział, że po jednej z moich wizyt obudził się! Boże! Jak to dobrze! Teraz Bosco chce wrócić do pracy. Osobiście bym mu to odradzała, bo nie chcę by mu się coś stało, ale to jego życie i jego wybór. Najważniejsze, że jest cały i zdrowy. I że już nie muszę się niczego obawiać…

Słowo wstępne: Część jest krótka, bo nie chciałam zbytnio „przedobrzyć” z sentymentalizmem, który kompletnie nie pasuje do twardej sierżant Cruz… Powiem tyle, że bardzo trudno mi było napisać tę część opowiadania. Starałam się, ale i tak było ciężko. Nie wiem czy dobrze wyszło. Oceńcie sami…

Część szósta
Bezsilność

Dlaczego ja? Dlaczego? Co ja takiego zrobiłam? Gdzie popełniłam błąd? Przecież mam dopiero 29 lat. Starałam się dobrze czynić w życiu i nikomu nie szkodzić (jeśli oczywiście ludzie na to nie zasłużyli)… więc czemu mnie to spotyka? Czemu? Czuję się taka bezsilna…
Wszystko zaczęło się dwa tygodnie temu. Chociaż nie, właściwie zaczęło się wcześniej. Jakieś cztery, pięć miesięcy temu zauważyłam pierwsze objawy choroby, ale jakoś się nimi nie przejmowałam… Zrzucałam je na krab zmęczenia, pracy do późna i stresu związanego ze śpiączką Bosco, z moją sprawą, z pobytem w więzieniu, zdradą Monroe, powrotem do pracy, nowym partnerem… Moje złe samopoczucie, codzienne bóle głowy, nienaturalną bladość, którą każdego dnia musiałam (i muszę nadal) maskować toną fluidu, ospałość, osłabienie, powiększone węzły chłonne, nawet gorączkę i krwawienie z dziąseł podczas mycia zębów, wszystko to zwalałam na sposób mojego życia, moją pracę, stres, ewentualnie na jakąś infekcję, przeziębienie… A tymczasem były to początki poważnej choroby jaką jest Leukemia, czyli po prostu białaczka. Nowotwór. Rak. Tak, mam raka… I to bardzo zaawansowanego. Od kiedy wiem? Cóż… Może od jakiegoś miesiąca, ale wówczas nie przejmowałam się tym, bo była to zwykła (choć zaawansowana) anemia. Brałam leki. Myślałam, że będzie dobrze że wyzdrowieję. W końcu anemia to nic poważnego, prawda? Dopiero dwa tygodnie temu zrobiłam kompleksowe i szczegółowe badania, które jasno wskazywały na białaczkę w bardzo zaawansowanym stadium… Boże! Do tej pory rak kojarzył mi się z sentymentalnymi filmami jakich pełno w telewizji, z ludźmi umierającymi, ze śmiercią, z cierpieniem… I miałam rację. Taka jest prawda na temat tej choroby, ale do tej pory nie dopuszczałam do siebie myśli, że to może spotkać mnie. W końcu nowotwór to wydarzenie z czyjegoś życia, nie z mojego. To mnie nie dotyczyło. A teraz dotyczy. Tak nagle się wszystkiego dowiedziałam. Tak nagle dowiedziałam się, że jestem nieuleczalnie chora że umieram. Tak, JA UMIERAM. Na przeszczep szpiku jest już za późno, o wiele za późno… Mam co prawda parę możliwości, na przykład chemioterapię, ale na razie o tym nie myślę, bo leczenie i tak ma małe szanse na powodzenie. Mogę jedynie zahamować postęp choroby… Wolę udawać, że nic się nie dzieje że jestem zdrowa. Chcę pracować i cieszyć się życiem. Robić to co kocham. Udawać, że jest okay, chociaż mam chwile zwątpienia i załamania, tak jak teraz. Mam ochotę usiąść i płakać, ale wiem, że to nic nie da. Nie da się cofnąć czasu, wyleczyć choroby… Nie da się. Ja umieram! Umieram! I nic nie mogę zrobić… Nic… Tylko, że ja nie chcę umierać!!! NIE CHCĘ!!! Ale co mogę zrobić? Jestem bezsilna… Jestem taka bezsilna…

Słowo wstępne: Tak się jakoś złożyło, że się totalnie wkręciłam w pisanie tego opowiadania i codziennie dodaje jedną część, więc pewnie już macie dosyć tego czytania. Cóż… Opowiadanie dobiega końca (to przedostatnia część). Mam nadzieję, że przypadło Wam do gustu i że nie jest takie złe… Chciałabym Was też spytać, czy macie jakieś propozycje co do kolejnych fan ficków? Ja mam na razie dwa (może trzy) pomysły i potrzebowałabym Waszej rady w jednej sprawie… No, ale to potem się Was spytam, tzn. jak skończę to opowiadanie. Czekam na jakieś nowe propozycje (mogę pisać ff z TW na jakieś konkretne tematy, które zaproponujecie, oczywiście jeśli mi podpasują co chyba nie będzie trudne) i oczywiście na komentarze.

Część siódma
Nadzieja

Przez ostatnie dni towarzyszyła mi nikła nadzieja na poprawę mojego zdrowia… Miałam nadzieję, że jakimś cudem nagle wyzdrowieję, że mi się polepszy, ale nic takiego się nie stało… Powiem więcej. Jest gorzej. Znacznie gorzej. Mimo to w moim sercu nadal jest ta nikła i wręcz niewytłumaczalna nadzieja… Czemu? Chyba jeszcze nie pisałam o moim nowym partnerze – Santiago, co? Zaczęliśmy ze sobą pracować, kiedy wróciłam z więzienia. Od razu przypadł mi do gustu. To bardzo przystojny, miły, konkretny i obowiązkowy facet z poczuciem humoru. Zawsze potrafi mnie rozbawić i podnieść na duchu. Jest niezastąpionym…
przyjacielem? Chyba tak. Przyjaciel to najodpowiedniejsze słowo. Zawsze uważałam, że w pracy nie ma miejsca na sentymenty, przyjaźnie, miłości (pewnie też dlatego rozpadł się mój związek z Bosco. Ups! Znowu o nim piszę. Muszę się pilnować…), ale teraz jestem innego zdania. Cóż… Odkąd zaczęłam pracować z Santim (o cholera, zdrabniam jego imię!) bardziej zaczęłam lubić tę robotę, bo każdego dnia idę do niej ze świadomością, że będę przebywać z kimś, kto naprawdę mnie lubi, a sądząc po zachowaniu Manny`ego (tak ma na imię mój nowy partner) może nawet czuje do mnie coś więcej… Dobra! Trochę to pokręcone, ale już wyjaśniam o co mi chodzi (choć to może być trudne). Z początku trzymałam Santiago na dystans ze względu na moje wcześniejsze doświadczenia… Ale potem zaczęłam bardziej się przed nim otwierać. Nawet nie wiem czemu. Może dlatego, że jest on taki bezpośredni i zabawny? Może dlatego, że mam do niego pełne zaufanie i wiem że jeżeli będę z nim o czymś gadać to on mnie wysłucha, doradzi, pomoże i nigdy mnie nie zlekceważy? Nie wiem. Po prostu Santi jest inny… Zupełnie inny niż ci wszyscy faceci, z którymi pracowałam do tej pory. W obecności Manny`ego czuję się swobodnie. Wiem, że mogę na niego liczyć że mnie nie zawiedzie. Czasem nawet pozwalamy sobie na rozmowy o życiu prywatnym (stąd wiem na przykład, że Santi ma synka, ale nie jest żonaty, bo jego dziewczyna odeszła do innego…). Gadamy o przyziemnych sprawach. Takie tam… Jednak uważamy, by nie posunąć się za daleko, bo ostatnio nasze stosunki chyba zaczęły wykraczać poza zwykłą przyjaźń… Bo… Cóż… Moja choroba jest naprawdę bardzo zaawansowana. Tak bardzo, że podczas jednego z przesłuchań zaczęła mi lecieć krew z… ust, z dziąseł. Nie uszło to uwadze Santiago, który jak zwykle przyglądał mi się uważnie. Wyszłam wtedy z pokoju i zadzwoniłam do lekarza, który natychmiast kazał mi do siebie przyjechać. Santiemu powiedziałam, że byłam u dentysty i że chyba spaprał mi ząb i że muszę jechać do niego znowu, by naprawił co zepsuł. Jechałam do lekarza, jak to się mówi, z duszą na ramieniu. Wieści nie były dobre. Lekarz powiedział, że moja choroba jest bardzo zaawansowana (co i tak już wiedziałam) i że jedynym dla mnie ratunkiem może być chemioterapia połączona z leczeniem pomocniczym. Nie powiedział tego wprost, ale wiedziałam, że nie daje mi wielkich szans… Za to dał mi książeczkę „Zrozumieć chemioterapię” czy jakoś tak i kazał się stawić u niego w gabinecie. Cóż… Poszłam do poczekalni. Zobaczyłam czekających w kolejce ludzi, ludzi tak jak ja chorych na raka, ale już zupełnie wykończonych chorobą. Ludzi, którzy są już łysi, słabi, przykuci do wózka… Ludzi, którzy czekają na… ŚMIERĆ. Wystraszyłam się, kiedy popatrzyłam w ich smutne oczy. Uciekłam stamtąd i postanowiłam, że nie dam z siebie zrobić wegetującej roślinki! Nie! Nie wybieram się na żadną chemię i koniec! Ja chcę żyć! Ale nie tak jak tamci ludzie! Wolę żyć przez miesiąc, ale w pełni go wykorzystać, niż męczyć się przez rok! Dlatego nie idę na żadną chemię! Koniec tematu! Nie zmienię zdania! Po tej dobijającej wizycie chciałam tylko wrócić do pracy. Jechałam samochodem. W oczach miałam łzy, bo dopiero teraz, patrząc na otaczający mnie świat, zauważyłam, że moje życie jest… puste. Nie mam ani chłopaka (nie mówiąc już o narzeczonym czy mężu), ani dziecka, ani rodziny… Nie mam nikogo. Jestem sama. Jestem całkiem sama… I już na zawsze tak będzie. Do samego końca, do którego z resztą nie jest tak daleko… I wtedy zobaczyłam Santiego, który wpakował się do mojego wozu. Zaczął o czymś nawijać, ale go nie słuchałam, bo moje myśli krążyły zupełnie gdzie indziej. Dopiero kiedy zobaczył książeczkę o chemii, która leżała na skraju fotela pasażera, Santi zamilkł.
Spojrzał na mnie z przerażaniem w oczach i spytał łamiącym się głosem: „Pani Sierżant?” Zawsze zwracał się do mnie tak oficjalnie i to na moje własne życzenie, bo nie chciałam się z nim zbytnio spoufalać, tym bardziej, że któregoś dnia jawnie zaczął mnie podrywać i prawić mi komplementy… Cóż… Przyznam – to było miłe, ale nie chciałam (mimo mojej całej sympatii do niego i wdzięczności za to, że uratował mi życie, kiedy jakiś gangster do mnie strzelił, a Santi rzucił się na mnie i odsunął z linii ognia), żeby mnie i Santiago łączyło coś więcej poza pracą (co i tak się nie udało, bo w końcu się z nim zaprzyjaźniłam).
Wracając do tematu… Santi nawet nie musiał dokańczać pytania. Wiedziałam już, że on wie.
On wiedział. I wie nadal jako jedyny poza mną i lekarzem. Wyrwałam mu książeczkę z ręki i ucięłam rozmowę zanim jeszcze Santi ją zaczął. Nie chciałam z nim o tym rozmawiać. Nie w tamtej chwili. Jednak potem zwierzyłam mu się z tego co czuję. Powiedział, że wie że do tej pory wszystko załatwiałam sama i dawałam sobie radę, ale tym razem nie wygram. Nie wygram sama, bez pomocy lekarzy, medycyny… Chciał (i nadal chce) nakłonić mnie do rozpoczęcia leczenia. Ja jednak byłam, jestem i będę nieugięta. Ja już postanowiłam. Nie chcę żyć czekając na śmierć… Wtedy pojawiła się Leti i ten facet… Moja nadzieja. Któregoś dnia zaczęłam mieć omamy i zwidy. Widziałam moją zmarłą dwa lata temu siostrę Leti ubraną na biało. Nie potrafiłam się skupić na robocie, bo ona ciągle pojawiała się przed moimi oczyma. Wtedy też spotkałam pewnego mężczyznę… Znachora. Opowiedziałam mu, że jestem śmiertelnie chora, a on powiedział, że chce mi pomóc i zaprowadził mnie do innych ludzi, którym pomagał. Może to i dziwne, ale zaufałam mu i poszłam na jedno z tych jego spotkań wspierających.
Tańczyłam na nich, paliłam świece i kadzidła. Świetnie się bawiłam. Czułam, że jest mi lepiej że ci ludzie, którzy mnie otaczają rozumieją mnie i chcą mi pomóc. I pomogli.
Naprawdę. Leti już więcej mi się nie pokazała, a ja odzyskałam siłę, spokój i wiarę. I nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Będzie dobrze nawet jeśli umrę za miesiąc… Wiem to, bo mam nadzieję… I nikt mi jej nie zabierze…

Słowo wstępne: To ostatnia część tego opowiadania. Długo myślałam nad tytułem i w ogóle nad tym jak zabrać się za pisanie tej, chyba najtrudniejszej, części ficka. Więc może najpierw wyjaśnię tytuł części ósmej, który brzmi po prostu „Koniec cierpienia”. Czemu koniec? To chyba proste. Bo w tej części Cruz umiera, to koniec jej życia… A czemu cierpienia? Podsumowując całe życie Cruz, które starałam się opisać w tym opowiadaniu, myślę, że najlepiej opisałoby je właśnie słowo „cierpienie”. Taka jest niestety prawda. Cruz nie miała łatwego życia, bez przerwy się myliła, błądziła, upadała… Właśnie dlatego zdecydowałam się tak nazwać tę część ficka. A co do ogólnej struktury opowiadania to wygląda to tak, że pierwsza jakby część tego epizodu (chyba można to tak nazwać) to tradycyjne zapiski Cruz w pamiętniku. Natomiast druga część „Końca cierpienia” to myśli Cruz. Obie części są oddzielone gwiazdkami. Dodam, że strasznie ciężko mi było opisać myśli Cruz, o wiele ciężej niż jej przemyślenia w pamiętniku. Niby to samo, a jednak nie do końca… Tak czy owak, opowiadanie dobiegło końca. Chciałabym podziękować wszystkim, którzy je czytali oraz komentowali. Nadal czekam na komentarze. Interesuje mnie to, jaka cześć opowiadania podobała się Wam najbardziej, jaka najmniej, która była najrealniejsza, najlepiej napisana, jakie były Wasze odczucia w stosunku do tego opowiadania, czy zgadzacie się ze mną, że tak właśnie mogłyby wyglądać przemyślenia Cruz? Czekam na Wasze szczere opinie i zapraszam do czytania ostatniej ósmej części opowiadania „Pamiętnik Maritzy Cruz” pt. „Koniec cierpienia”….

Część ósma
Koniec cierpienia

Siedzę w 55. posterunku na pierwszym piętrze w swoim biurze. Niedaleko mnie siedzi Marcel Hollis – szef gangu ze 108, który jest naprawdę wielką szychą w przestępczym światku. Przez ostatnie tygodnie starałam się go zamknąć i teraz, kiedy w końcu mi się to udało, muszę go wypuścić. Czemu? To długa historia… Zaczynam. Marcel to gruba ryba. Jest naprawdę groźny. Jego ludzie postrzelili Santiago, sama ledwo uszłam z życiem (siedziałam akurat w samochodzie, który ostrzeliwali, ale schyliłam się i nic mi się nie stało). Z Mannym na szczęście wszystko w porządku. Nie dostał mocno. Mimo to bałam się o niego. Myślałam, że to ja powinnam być na jego miejscu. W końcu to o mnie chodziło tym gangsterom… No, ale nie da się zmienić biegu wydarzeń. Najważniejsze, że Santiago nie jest poważnie ranny i że niedługo wyjdzie ze szpitala. Nie chcę jednak ryzykować kolejnych zamachów na życie Santiago, moje, czy innych policjantów (może to i dziwne, ale Marcel jest zdolny do wszystkiego…), więc zdecydowałam się go wypuścić. Prokurator jest już w drodze.
***
Co to było? Zamykam dziennik i chowam go do kieszeni kurtki. Odsuwam krzesło i wstaję od biurka. Patrzę na podłogę. Co to? – myślę przez sekundę. Już wiem. To granat. Padam na podłogę. Cholera! Coś się na mnie przewaliło! Nie mogę się ruszyć! Boże! Komisariat się pali! Ratunku! – bezgłośnie wołam o pomoc. „Marcel? Co ty wyprawiasz? Wracaj tu! Dokąd idziesz!” – krzyczę widząc jak Hollis wstaje od stołu i wychodzi z biura. Świetnie! Mój więzień uciekł. O Boże! To on za tym stoi! To jego sprawka! Jego ludzie to zrobili, by wyciągnąć go z więzienia! Ale czemu? Przecież miałam go wypuścić! Drań! Staram się ruszyć, ale nie mogę. Jestem uwięziona. Słyszę wołanie Hollisa: „Pomóżcie mi! Sierżant Cruz w potrzasku! Jest tam.” Tak, brawo Marcel! Ciekawe, kto mi pomoże. Komu niby zależy na tym, by mnie ratować? Zresztą po co się fatygować i tak niedługo umrę. Co? Co tu robi ta szmata? Co tu robi Monroe? „W porządku?” – pyta autentycznie wstrząśnięta. „Utkwiłam!” – krzyczę – „Uciekaj” – mówię do niej. Co? Skąd we mnie taka troskliwość o tę szmatę? Chyba uderzyłam się w głowę. „Twój dobry samarytanin zwiał” – stwierdziła Monroe i zaczęła iść w moim kierunku potykając się o przewalone rzeczy. „Co? To więzień! Łap go!” – wrzeszczę. Marcel nie może uciec! Jest za to wszystko odpowiedzialny i musi ponieść karę! Łap go! Nie pozwól mu uciec! „Ale go nie ma” – mówi do mnie podnosząc mnie i starając się mnie uwolnić.
Wszystko na nic! Nie mogę się ruszyć. Utkwiłam na dobre. „Uciekaj!” – mówię do niej, ale ona nie słucha. Stara się podnieść to co mnie przygniata. „Muszę ci pomóc” – mówi i stara się mnie wyciągnąć, ale nie może. Nie uda się. „I co podasz mnie do raportu?” – zdobyłam się na odrobinę ironii w jej stronę. W końcu to, że chce mi pomóc nie oznacza od razu, że jest dobra, prawda? Ludzie nie zmieniają się tak od zaraz. To kapuś. Wtyka. Szczur. Należy się jej. Moje słowa jednak wcale jej nie ruszają. „Muszę cię stąd wydostać” – mówi niezrażona i stara się znaleźć jakieś wyjście, jakiś przedmiot, który może pomóc jej w wyciągnięciu mnie spod tego co mnie przygniata. „Na pomoc!” – krzyczy rozpaczliwie. „Zawiadom ludzi, że uciekł!” – mówię jej. Niech nie przejmuje się mną tylko Marcelem. Trzeba go znaleźć i zatrzymać. „Sprowadzę pomoc!” – mówi i idzie w stronę drzwi. Niewiele widzę. Słyszę huk. Coś spada. Prosto na nią! „Monroe! Monroe!” – wołam z przerażeniem. Przecież nie chcę, żeby coś się jej stało. Nie może zginąć tylko dlatego, że chce mi pomóc. To nie byłoby fair. Rusza się. Ona się rusza! „Monroe! Wszystko w porządku?” – pytam z lekką ulgą. Podchodzi do mnie. Jest przerażona. Chyba nie ma nadziei na to, że wyjdziemy z tego żywe. Widzę świecące syreny karetek i straży pożarnej. Monroe też je zauważa. Podchodzi do okna i zaczyna w nie walić. „Pomocy!” – Boże! Kobieto nie drzyj się tak, bo mi zaraz łeb wysiądzie! Ale chyba poskutkowało. Widzę jak do biura wchodzą strażacy. Podnoszą to co mnie przygniata (to są chyba drzwi, ale nie jestem pewna, zresztą mało mnie to obchodzi), a Monroe pomaga mi wstać. Jestem słaba. Muszę złapać za rękę strażaka. Powoli wychodzę z biura. Idę do okna. Zaczynam schodzić z drabiny strażackiej na sam dół. Na ziemię. Widzę przerażone twarze Bosco, Davisa, Finney`go… Ciekawe czy martwili się tak o mnie czy o Sashę? Kurde! Znowu myślę tylko o sobie! Jestem już na ziemi. Sanitariusze udzielają mi pierwszej pomocy. Sprawdzają czy wszystko ze mną w porządku. O świcie gadamy z szefem. Wszyscy chcą dorwać tego drania, który zorganizował zamach na posterunek, ale nie wiedzą, kto jest za to odpowiedzialny. Brendan Finney, naprawdę bystry i inteligentny policjant, jeden z lepszych gliniarzy w 55. posterunku, który współpracuje ze mną w wydziale razem z Davisem, pyta, kto stoi za tym zamachem, bo co do tego, że był to zamach na komisariat nikt nie ma wątpliwości. Wszyscy są wściekli. Chcą zemsty…
– Marcel Hollis – odpowiadam na pytanie. Widzę zaskoczenie na twarzach innych, pytające spojrzenia, które mówią: `Skąd ona to niby wie?’. No, po prostu wiem. Ale wyjaśniam, żeby nie było wątpliwości… – Marcel Hollis i jego gang. Zorganizowali mu ucieczkę – szef dziwnie na mnie patrzy. Chyba jest w szoku, że byłam w komisariacie dziś wieczorem, kiedy był ten cały zamach. Pyta się mnie, a raczej stwierdza:
– Myślałem, że jesteś w szpitalu – Tak, tak… Wszyscy wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. To już każdy myśli, że mnie i Santiago łączy coś więcej? Może plotkują za moimi plecami i myślą, że mamy romans? Jeszcze czego!
– Nic mi nie jest – odpowiadam. Niech sobie nie wyobrażają, he. Zresztą to nie ich sprawa. Jedynie Finney myśli logicznie. Od razu widać, kto tu jest prawdziwym gliną gotowym do akcji. Tak trzymaj Finney!
– Kto to jest ten Marcel Hollis? – pyta.
– Szef bandy ze 108. Wczoraj sprowadziłam go z więzienia – wyjaśniam rzeczowo. Nie będę wgłębiać się w szczegóły, bo jeszcze wplączą mnie w kolejny romansik…
– Czemu o tym nie wiedziałem? – szef nie jest zachwycony. Ups! Może powinnam mu powiedzieć? Cóż… Przyzwyczaiłam się już do działania na własną rękę…
– Prokurator był już w drodze – tłumaczę się. Bosco i Finney chcą dorwać Hollisa. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, ale szef jest na „nie”. Mówi, że to nie od niego zależy i tym podobne. Takie bzdety. Chociaż w sumie? Po co włączać w to cały komisariat? To sprawa między MNĄ a Marcelem. Sama ją wyjaśnię.
– Szef ma rację – mówię. Wszyscy są zdziwieni moją reakcją. Najbardziej Bosco, który jest naprawdę wkurzony.
– Nie wierzę… – mówi, kręci głową i odchodzi. Jest zły. Bardzo zły. Yokas stara się przemówić mu do rozumu, ale on jej nie słucha. Zresztą co się dziwić… Ostatnio często się kłócili…
– Pogadam z nim – mówię.
– Ty? – Yokas jest zdziwiona. Chrzanić ją! Tak, ja z nim pogadam! Ja! I nie patrz tak na mnie, szmato!
– Przecież się nie przyjaźnicie – mówię najspokojniej jak mogę, chociaż za to jej wścibstwo i przesadną ciekawość mam ochotę wydrapać jej oczy. Idę za Bosco. Muszę się pospieszyć.
Biegnę. Staję za nim i pytam najnormalniej w świecie:
– Masz popsuty wzrok? – Bosco odwraca się w moją stronę. Patrzy na mnie jak na wariatkę. Tak, tak kochanie! Wiem wszystko. Od kiedy zostałeś postrzelony regularnie pytałam lekarzy o twoje zdrowie. Wiem, że masz problemy ze wzrokiem. Wiem, że postrzeliłeś Monroe. Swoją drogą, dobra robota! Należało się jej, chociaż żal mi tego jej dzieciaka i Davisa… – Źle widzisz? – pytam ponownie. Bosco jest wściekły. Cóż… Nie lubię Yokas za jej wścibstwo, a teraz to ja jestem wścibska. Ale ja to robię w dobrej wierze, no nie?
– Odwal się – mówi Bosco, odwraca się i odchodzi. Co? Powtórz to jeszcze raz! Chyba się przesłyszałam! Okay, okay! Obiecuję, że już więcej nie wspomnę o twoim wzroku, ale muszę wiedzieć! Proszę! Muszę go jakoś zatrzymać! Tylko jak? Decyduję się na szczerość co w moim przypadku jest zadziwiające:
– Jeśli masz to ze mną zrobić muszę znać prawdę – mówię otwarcie. Bosco zatrzymuje się i wolno odwraca się w moją stronę. Podchodzę do niego. Blisko.
– Co zrobić? – pyta jakby nie wiedział o czym mówię, ale ja już wiem, że on się domyśla. Nie jest głupi. Na wszelki wypadek tłumaczę mu wszystko:
– Może znajdę Marcela Hollisa – teraz Bosco nie ma żadnych wątpliwości. Nie zastanawia się ani sekudny:
– Jedźmy – wiedziałam, że Bosco mnie nie zawiedzie! Wiedziałam, że jest gotowy na wszystko byle tylko dopaść drania odpowiedzialnego za zamach na posterunek. Ja jednak nie odpuszczam. Muszę mieć pewność. Podchodzę do niego jeszcze bliżej (jeśli to w ogóle możliwe) i powoli, bardzo wyraźnie pytam patrząc mu prosto w oczy, by zrozumiał w pełni powagę sytuacji:
– Dobrze widzisz? – Bosco patrzy mi prosto w twarz. Czuję jak miękną mi nogi. Spokojnie Cruz! Bądź twarda! To tylko facet! Cholera! To nie tylko facet! TO BOSCO!
– Tak – odpowiada bez mrugnięcia okiem.
– Chodź – rzucam przez ramię, odwracam się i odchodzę. Bosco idzie za mną. Jedziemy do mnie. Wchodzę do mojego mieszkania. Bosco za mną. Zostaje jednak na progu. Ubieram czystą kurtkę, a brudną rzucam na łóżko.
– Jest u ciebie? – pyta Bosco. Wiem o co mu chodzi. O Marcela. Głupek! Po co pyta?
– Nie jestem taka – wyrywa mi się. Bosco jest zaskoczony. Wiem, że nie chciał mnie urazić.
Trochę na to za późno, ale dobra, puszczę to w niepamięć. Wyciągam spod łóżka walizkę, kładę ja na łóżku i otwieram. Klękam na podłodze. Bosco patrzy na mnie zdziwiony. Z walizki wyciągam broń – parę pistoletów. Moje ręce zatrzymują się na dwóch granatach. Dyskretnie, by Bosco niczego nie zauważył, chowam je do kieszeni kurtki. Już wiem co zrobię. Jestem gotowa. – Skąd to masz? – pyta Bosco patrząc na leżącą na łóżku broń. Nie do wiary! Nie udawaj, że nie wiesz!
– Pracuję na ulicy – wyjaśniam krótko – Nigdy nie zdobyłeś broni? – staram się podtrzymać rozmowę, bo bardzo lubię słuchać jego seksownego głosu… Hmmm…
– Wszystko zdałem – mówi jakby to było coś oczywistego. Może i jest, ale nie dla mnie. – Ja nie – odpowiadam i lekko się uśmiecham. Ku mojemu zdziwieniu Bosco odwzajemnia uśmiech. Przez chwilę patrzymy sobie prosto w oczy. Czuję między nami tę samą chemię, którą czułam będąc z nim wcześniej… Cruz! Przestań! Jesteś zmęczona! Weź się w garść! Okay, już mi lepiej. Zaczynam nawijać, by Bosco nie zorientował się o czym przed chwilą myślałam, a myślałam o nim… I to bardzo…hmmm… intensywnie?
– Wczoraj Marcel dzwonił – Nie patrz tak! Z posterunku nie ode mnie! Zboczeniec – Sprawdziłam gdzie – spojrzałam na niego i na ułamek sekundy nasze oczy się spotkały. Ups! Znowu iskrzy! Uwaga! – Do warsztatu na zbiegu 108. i West Endu – dokończyłam. Bosco popatrzył na mnie z lekkim… podziwem?
– Myślisz, że tam jest? – spytał. Wiedziałam, że tam jest, bo niby gdzie indziej? – Przekonamy się – odpowiedziałam, zamknęłam walizkę, kopnęłam ją pod łóżko i wyszłam z mieszkania mijając w drzwiach Bosco. Przez sekundę otarliśmy się o siebie. Kolejna iskra. A może tylko ja to czuję? Siedzimy w samochodzie i obserwujemy bazę Marcela. Jest tam. Wiem o tym. Zaczynam tłumaczyć Bosco poglądy Hollisa, bo napięcie między nami staje się nie do zniesienia:
– Marcel Hollis uważa, że gangi nie rządzą Nowym Jorkiem tylko z braku organizacji – mówię nie spuszczając wzroku z bazy – Gdyby ją miały zdobyłyby przewagę liczebną – stwierdzam. – Drań – mówi tylko. Tak Bosco, masz rację. To drań. Ale mądry drań. Ja o tym wiem, ty o tym wiesz i co najgorsze on również o tym wie.
– Tak, ale ma rację – stwierdzam fakt, który jest wręcz przerażający – Jeśli zaatakujemy ten budynek zginą policjanci. Patrz. Są przygotowani – dobrze ci idzie Cruz! Teraz tylko najważniejsze i będzie z górki. W końcu nie możesz pozwolić, żeby cokolwiek stało się Bosco… – Nie spodziewają się jednej osoby – kończę.
– Jednej? – Bosco jest zdziwiony. Myśli, że mu nie ufam. Myśli, że uważam, że on nie da sobie rady, ale to nie prawda. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że chyba za mocno kocham Bosco, żeby go narażać… Tak… Ja KOCHAM Bosco! Nie chcę go jednak dobijać, nie chcę by myślał, że jest bezużyteczny, bo nie jest.
– Masz komórkę? – pytam nawet na niego nie patrząc.
– Mam – krótkie pytanie, krótka odpowiedź.
– Czekaj na odpowiednią chwilę i wezwij wsparcie – mówię choć wiem, że to nie będzie konieczne.
– Wejdziesz tam sama? – Bosco jest wstrząśnięty. Nie spodziewał się tego nawet po mnie. – Mam z nim układ. Pogadamy – staram się go przekonać, że to najlepsze rozwiązanie. Wyciągam z kieszeni broń i kładę obok Bosco.
– Mam broń – mówi i chce oddać mi mój pistolet. W jego oczach widzę coś na kształt zmartwienia, może strachu… Czyżby bał się o mnie?
– Zrewidują mnie – wyjaśniam. Przecież nie mogę powiedzieć mu prawdy… Bosco wyjmuje swoją broń. Pyta patrząc mi prosto w oczy:
– Jak się zorientuję, że jesteś gotowa? – patrzę na niego przez chwilę. Czuję to. Czuję to co ludzie określają słowem miłość. Czuję miłość patrząc na Bosco… I już wiem. I już wiem to co wiedziałam od początku. Bosco to ten jedyny. A ja pozwoliłam mu odejść…
– Będziesz wiedział – odpowiadam i już chcę wyjść, kiedy Bosco chwyta mnie za rękę. Patrzy na mnie i już nawet nie ukrywa strachu.
– Czekaj. Jesteś pewna?
– Nie chcę, żeby ubezpieczał mnie ktoś inny – zwłaszcza ty… Zwłaszcza ty, Bosco. Nie chcę byś narażał dla mnie swoje życie. Zbyt mocno cię kocham… Kocham cię! Pochylam się nad nim, chwytam jego twarz w moje dłonie i delikatnie całuję jego usta. Czuję jego wargi na moich wargach. Jego oddech miesza się z moim. Czuję to… Czuję miłość. `Kocham cię Bosco` – wypowiadam bezgłośnie patrząc na niego. Szybko wysiadam z samochodu i idę w stronę bazy nie odwracając się za siebie. Wiem, że jeśli się teraz odwrócę to stchórzę i nie zrobię tego.
Nie zrobię. A muszę. Jestem przy bazie. Jeden z gangsterów podchodzi do mnie i zaczyna mnie rewidować. Chowam ręce w kieszenie ukrywając granaty.
– Powiedz Marcelowi, że osiągnęliśmy poziom zrozumienia, o którym mówił – nakazuje innemu gangsterowi, a moje słowa działają niczym czarodziejska różdżka. Po chwili zostaję wpuszczona do sekretnej bazy największego gangu w Nowym Jorku, do raju gangsterów…
Prowadzą mnie do „gabinetu” Hollisa. Marcel nie zdziwił się na mój widok:
– Sierżant Cruz… – wita mnie nie ukrywając zadowolenia – Podoba się moje ubranko? – Nie bardzo… Osobiście uważam, że do twarzy było ci w pomarańczowym. Podchodzę do jego biurka. Jestem blisko. Wyciągam rękę i nie spuszczając z niego wzroku zamykam ekran jego laptopa.
– Zaatakowałeś komisariat… Rozpocząłeś wojnę – mówię zimno.
– Zaczęła się wcześniej – odpowiada.
– Miałam cię wypuścić…
– Wolałem sam ustalić warunki – mówi, jak gdyby nigdy nic. Warunki? Dobre sobie.
– Dlaczego mi pomogłeś? – pytam, choć w rzeczywistości mało mnie to obchodzi. Marcel patrzy na mnie pytająco udając, że nie wie o co chodzi – Mogłeś mnie zostawić – wyjaśniam.
– Jesteś wojownikiem, jak ja – tłumaczy – Wojownicy tak nie giną – jest pewien tego co mówi i muszę przyznać, że ma rację…
– Jestem taka jak ty? – pytam prowokująco.
– Z całą pewnością – cholera! Znowu ma rację. W końcu jesteśmy tacy sami. Oboje prowadzimy wojnę… Tylko, że ja walczę po stronie dobra, a on zła… Chociaż w sumie to kwestia dyskusyjna.
– Masz ostatnią szansę, żeby się poddać – mówię twardo patrząc mu prosto w oczy – Chodź, a nikomu nic się nie stanie – mówię, żeby potem nie było, że nie ostrzegałam. Marcel uśmiecha się kpiąco do jednego ze swoich koleżków. W końcu jego wzrok pada na mnie:
– Jedna na siedemdziesięciu pięciu? Daj spokój… – Nie wierzysz mi?
– Nie uważasz, że dość krwi przelano na ulicach? – znowu go prowokuje. Ups! Trafiłam w czuły punkt! Punkt dla mnie! Marcel jest wściekły. Cały się gotuje. Wali pięścią w stół i krzyczy mi prosto w twarz:
– Ja o tym decyduję!
– To twoja ostateczna odpowiedź? – daję mu jeszcze jedną szansę. W końcu z doświadczenia wiem (patrz: ja i Bosco), że każdy powinien dostać drugą szansę. A ja takiej nie dostałam…
– Rozczarowałaś mnie. A myślałem, że się rozumiemy… – My? Chyba żartujesz? Nigdy nie zrozumiem takiego popaprańca jak ty, który morduje niewinne dzieciaki!
– Jakoś to przeżyję – mówię. Chwilę się waham. Dokładnie ułamek sekundy. Ale nie. Ja nie jestem tchórzem. Tak będzie najlepiej. Najlepiej dla mnie, dla Bosco, dla Marcela i dla wszystkich. Tak będzie najlepiej. Wyciągam z kurtki dwie zawleczki. Marcel jest w szoku.
Chyba niewiele rozumie z tego co się dzieje:
– Co to jest? – pyta zdezorientowany. Znów punkt dla mnie! Wygrałam tę wojnę! Nie lubię pozostawiać pytań bez odpowiedzi, więc dla świętego spokoju odpowiadam:
– Twoje warunki – patrzę mu prosto w oczy – Żegnaj – mówię i rzucam zawleczki na podłogę.
Nawet nie zamykam oczu. To koniec. Nareszcie. To koniec mojego cierpienia.

THE END

THE DIARY OF MARITZA CRUZ
by
Cruz

VN:F [1.9.20_1166]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.20_1166]
Rating: 0 (from 0 votes)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *